Wpis powstał w 2018 roku.

Samotna wyprawa rowerowa o długości prawie 170 kilometrów była dla mnie bardzo wyjątkowa. Nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś podobnego. Takie przeżycia nakręcają mnie tylko do odkrywania kolejnych miejsc. Jak zaczęła się moja przygoda? Jak minął mi cały dzień spędzony na rowerze?

Statystyki trasy

Cała rowerowa wyprawa liczyła około 165 kilometrów, które łącznie z przerwami przejechałem w 13 godzin. Ponad dwie godziny z tego to postoje lub kręcenie się po centrach miast (czasami nawet bez roweru). Kręciłem w różnych warunkach ponad 10,5 godziny. Średnia prędkość wyniosła około 15,4 km/h, czyli większa niż podczas poprzedniej majówkowej wyprawy. Wiem jednak, że dla wielu z Was może ona brzmieć śmiesznie.

Jak przebiegała cała wyprawa rowerowa?

Odpowiedzią do tego pytania jest opisanie sześciu odcinków, bo na tyle podzieliłem trasę. Przez jakie miejscowości jechałem? Jakie miejsca mnie urzekły? Te informacje na pewno zainteresują mieszkańców lub Was – rowerowych turystów.

Odcinek I: Poręba – Boguchwałowice

Moja wyprawa rowerowa zaczyna się jak zawsze w Porębie. Startuję o godzinie 5:50. Obieram kierunek zachodni. Za cel tej wyprawy stawiam sobie również omijanie ruchliwych tras takich jak drogi krajowe lub wojewódzkie. Na samym początku około kilometra muszę przejechać drogą wojewódzką, ale zaraz znikam w mieście Siewierz. Przejeżdżam główne skrzyżowanie i kieruję się w stronę lasu. Tam ładnym punktem na pewno był piękny widok na terenie Hotelu Natura Residence. Przejście przez kładkę nad zbiornikiem wodnym przylegającym do hotelu to zdecydowanie najładniejszy punkt tego odcinka. Wracając do trasy – podążam do Drogi Krajowej 78 na skrzyżowanie drogi leśnej z asfaltową prowadzącą do Jeziora Przeczyckiego. Samego jeziora nie zobaczę, ale podążam dalej w kierunku zachodnim. Po ponownym dojechaniu do drogi krajowej wpadam na ścieżkę rowerową wzdłuż głównej i dojeżdżam do kolejnego skrzyżowania. Tam na przystanku autobusowym robię pierwszy mały postój, zdjęcie i właśnie tam postanawiam stworzyć relację, która ostatecznie nie wyszła…

Odcinek II: Boguchwałowice – Jezioro Chechło-Nakło

Z przystanku znikam w lokalne drogi, ale tam zamiast planowej jazdy asfaltem znajduję alternatywę jadąc leśnymi ścieżkami. Alternatywa lepsza, bo skrótowa, ukazująca nowe widoki np. na węzeł Mierzęcice prowadzący na autostradę A1 i lotnisko. Ten widok jest wyjątkowy, ponieważ nigdy nie widziałem tego punktu z innej perspektywy. Zaraz za węzłem drogowym dojeżdżam do szutrów wzdłuż S1. Tamtymi drogami docieram do Mierzęcic. Dalej jadę prosto przez Pyrzowice. Po przejeździe przez wieś delikatnie odbijam od lotniska jednocześnie omijając platformę widokową na nie. Cały czas napieram na zachód i przez Ożarowice docieram do Brynicy. Brynica jest dzielnicą Miasteczka Śląskiego. Zahaczenie blisko ośmiotysięcznego miasta zajęło mi zaledwie kilka minut. Dopiero tam po dobrych 10 kilometrach jazdy asfaltem wjeżdżam na ścieżki leśne. Nieco później odbijam w prawo w stronę jeziora i miejscowości Nowe Chechło. Znajduje jezioro. Cieszyło mnie to, że była dopiero ósma rano, a ja już ponad 30 kilometrów od domu.

Odcinek III: Jezioro Chechło-Nakło – CH Tarnowskie Góry

Po uzupełnieniu kalorii około godziny 9 wyjeżdżam z nad jeziora w Nowym Chechle i kieruje się już w stronę Tarnowskich Gór, które są bardzo blisko. Również dokładnie nie pamiętam jak w tamtych terenach przebiegała moja trasa, ale wiem, że po leśnym rajzowaniu kawałek podjeżdżam drogą wojewódzką i nią wpadam do Tarnowskich Gór.

Tarnowskie Góry

Tam już kompletnie nie pamiętam jak jechałem, ale cele miałem dwa. Najpierw chciałem zobaczyć Zabytkową Kopalnie Srebra i słowa dotrzymuję, ponieważ po przebijaniu się przez całe miasto docieram do kopalni, która z zewnątrz nie robi na mnie wrażenia. Później dalej przebijam się przez miasto i Park Miejski. Na liczniku mam około 50 kilometrów z czego ostatnie prawie 10 to błądzenie po mieście, które potrafi zmęczyć. Zmierzam teraz w stronę Centrum Handlowego, gdzie odbędę swój najdłuższy postój. Tuż przed godziną 11 jem drugie śniadanie w galerii. Na końcu tego odcinka już podczas postoju uświadamiam sobie jak długą trasę mam jeszcze do przebycia. Tutaj przeżywam pierwszy kryzys psychiczny, bo już myślę, że nie dam rady. Do Lublińca Drogą Krajową jest ponad 30 kilometrów, a ja tę drogę mam zamiar ominąć. Przezwyciężam jednak trudności i wyruszam w trasę do Lublińca, aby zrealizować plan w stu procentach.

Odcinek IV: CH Tarnowskie Góry – Lubliniec

Wyjeżdżam z postoju i obieram kierunek północno-zachodni. Z początku korzystam z chodnika wzdłuż Drogi Krajowej nr 11, która jest moim wyznacznikiem kierunkowym. Po chwili znikam w uliczkach dzielnic na przedmieściach Tarnowskich Gór. Tam jadąc drogami lokalnymi i leśnymi duktami dojeżdżam do Nowej Wsi Tworowskiej, aby zaraz później w Tworogu ponownie spotkać się z drogą numer 11. Mniej więcej w tym momencie 168 kilometrowa wyprawa rowerowa w połowie jest już za mną. Wjeżdżam w kolejną drogę prowadzącą do kolejnych wsi. Odbijam w prawo. Długie, kamieniste i piaszczyste dukty rozjeżdżone przez ciężki sprzęt to trasa, którą jadę dłuższy czas. Na tych właśnie długich nierównych odcinkach mocno daje w kość sztywny rower na małych kołach. W końcu znowu zbliżam się do drogi głównej.

Lubliniec

Zaraz po dojechaniu do skrzyżowania przebijam się już do Lublińca, aby odkryć oryginalne oblicze tego 25-tysięcznego miasta. W Lublińcu zastaję najpierw ogromny kompleks budynków obok miejsca ćwiczeń komandosów nazwany Klub Jednostki Wojskowej gdzie stacjonują Wojska Specjalne. Teren wewnątrz jest niedostępny do zobaczenia. Wszystko ogrodzone jest murem z drutem kolczastym. Kieruję się teraz w stronę centrum. Tam czeka mnie jeszcze większe zaskoczenie, a mianowicie Zakład Karny w groźnie wyglądającym budynku w samym centrum miasta, gdzie tuż obok murów więzienia mamy sklepy, parki i otwarte siłownie. Odpoczywam chwilę na jednym centralnych deptaków Lublińca. To miasto robi na mnie ogromne wrażenie, lecz trochę dziwne…

Odcinek V: Lubliniec – Kalety

Na samym początku wyjazdu z Lublińca licznik pokazuje mi 100 kilometrów. Pierwszy raz w życiu pobijam stówkę, a pomimo tego czeka mnie jeszcze ponad 60 kilometrów. Po przejechaniu nad Lublinicą skręcam w stronę lasów. Najbliższe 60 kilometrów to przebijanie się przez lasy, które na zawsze są łaskawe. Tym bardziej, że ogromne połacie lasów są wycinane, czyli wiąże się to z fatalnym stanem dróg leśnych. Nie wiele pamiętam z tamtego odcinka jak i z następnego, bo po prostu napierałem w stoją stronę. Miłym akcentem był przejazd przez Rezerwat Przyrody Jeleniak Mikuliny. Jazda odbywała się tam równą drogą z żółtego szutru przez malowniczy las. Czasami zdarzało się, że na moment wyjeżdżałem z lasu, dojeżdżałem do kilku domków, ale później znów zagłębiałem się w lesie. Punktem charakterystycznym był postój i kolejne zakupy w Kaletach – ośmiotysięcznym mieście na półmetku mojego powrotu.

Odcinek VI: Kalety – Poręba

Z Kalet wyjeżdżam utwardzoną ścieżką rowerową przy jednej z dróg wylotowych. Tam przy jednej z wiat ponownie uzupełniam kalorie i jadę do końca. Do mety mam 40 kilometrów. Jakość dróg leśnych jest coraz lepsza i dzięki temu da się utrzymywać przyzwoite tempo. Jadąc dalej natrafiam na największą przeszkodę na drodze. Chodzi tu budowaną autostradę A1. Na szczęście droga leśna za nasypem ma swoją kontynuację. Jestem coraz bliżej znanych mi już terenów. Wyjeżdżając na asfalt zaliczam małą wpadkę wydłużając sobie dystans. W Brudzowicach przechodzę przez drogę E75, czyli popularną „gierkówkę”. Ostatni odcinek to w większości wioski i las, ale warto nadmienić, że pokonywałem go od 125 do 163 kilometra trasy. Nie było łatwo najbardziej na podjazdach, ale z każdy kilometrem zwiększała się radość z powodu, że ukończę całą trasę. Po wielu godzinach jazdy, momentach gorszych i lepszych najdłuższa wyprawa rowerowa jaką przejechałem w życiu dobiegła końca.

168 kilometrowa wyprawa rowerowa – opinia

Po całym dniu spędzonym na rowerze i tylu wrażeniach, które trudno spamiętać zawsze znajdzie się jakiś morał. Wiem na pewno, że nigdy wcześniej i na niczym innym tak oszczędnie nie zobaczyłbym tak wiele jak podczas przebytej wyprawy. Miejscowości takie jak Miasteczko Śląskie, Lubliniec, Tarnowskie Góry lub Kalety nigdy nie zostałyby odkryte, gdyby nie taki pomysł. Jechałem sam co jest czasami zaletą, a czasami utrudnieniem. Wiadomo bowiem, że co dwie głowy to nie jedna. Jestem otwarty na kompanów do podróży, ale jazda samemu dla mnie nie jest katorgą. Wiem na pewno, że warto jeździć na rowerze, ponieważ dzięki temu odkrywamy nie znaną nam twarz naszych okolic.

Rower za 300 zł kontra długa wyprawa rowerowa

Podstawowym rowerem na 2018 dla mnie był sztywny „góral” kupiony za marne 300 zł z równie marnym osprzętem. I właśnie na nim przejechałem trasę 163 km, wcześniej kilka tras ponad 50 kilometrów oraz zawody MTB. Oto on:

wyprawa rowerowa | velo blog
Arkus Proximo VX-220M

Chciałbym pokazać wszystkim czytającym ten wpis, że nie ma wymówek! Jeśli tylko chcesz – możesz zrobić wszystko!


Ostatnie wpisy

Sprawdź też:


Powrót – Velo Blog – strona główna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.